poniedziałek, 22 listopada 2010

VoIP w praktyce

Od dwóch czy trzech lat używałem telefonii VoIP w firmie i w domu. Ale zawsze był to ten drugi telefon, tańszy ale o gorszej jakości i mniej niezawodny. Jednak w końcu trzeba się przełamać, a technologia się sprawdziła. W jakości połączenia nie słyszę różnicy, niezawodność podobna jak w zwykłym telefonie na kablu (jakość łączy internetowych bardzo się poprawiła) - jak nie słychać różnicy to po co przepłacać?
Najpierw spróbowałem w domu. Miałem już jeden numer w Tlenofonie, działał w miarę dobrze. Zdecydowałem się na przeniesienie numeru domowego z TPSA do Tlenofonu. Wypełniłem formularze, podpisałem, wysłałem, dostałem potwierdzenie i czekałem. I faktycznie po ok 60 dniach tak jak pisali pojawił się w Tlenofonie mój stary numer z TPSA. Teraz jeszcze połączyłem obydwa numery na wspólnym koncie rozliczeniowym i zamiast 50 zł miesięcznie płacę 50 zł raz na 3 miesiące, mam dwie linie podłączone do mojej starej ale dobrej domowej centralki PMS-08 firmy Slican (Polskie to dobre).
Od kilku miesięcy działa bez problemu, stary numer (podajemy w wielu miejscach - dlatego lepiej nie zmieniać) działa, wszystko gra i buczy. Na dokładkę kupiłem wirtualny faks dla firmy (na oddzielnym numerze) i mam wszystko czego mi trzeba.
Mając pozytywne doświadczenia zaproponowałem przy okazji zmiany siedziby firmy w której pracuję, aby także uniezależnić się od kabelków. W końcu mamy łącze światłowodowe, które bez problemu obsłuży nasze numery.

Mamy w IPFon 10 numerów więc jakoś trzeba było je ogarnąć. Poszukaliśmy centralki z obsługą linii miejskich VoIP - najtańsza okazała się polska produkcja znanej mi od kilkunastu lat firmy Slican. Centralka obsługuje 8 linii miejskich VoIP, ma założone dwa moduły GSM oraz łącznie 12 linii wewnętrznych analogowych i 12 linii VoIP wewnętrznych.

Przyszedł specjalista, zainstalował wszystko, podłączyliśmy nasze numery tak aby część miało priorytet na wejściowe a pozostałe działały jako wyjściowe. I po prostu działa. Ponieważ wszyscy pracownicy mają telefony komórkowe i w grupie rozmawiamy praktycznie za darmo to bardzo często jak ktoś dzwoni z zewnątrz na numer miejski jest przez recepcję przełączany na komórkę pracownika (i nawet o tym nie wie). Zrobiliśmy sobie proste reguły przekazywania połączeń w razie nieobecności co właściwie wyczerpało postulaty sekretariatu i recepcji.

Ponieważ po wewnętrznej sieci są linie VoIP to mogłem podłączyć się VPN i z mojego notebooka (przy pomocy X-Lite) mam telefon wewnętrzny wszędzie gdzie jestem. Taki wewnętrzny skype.

Na koniec - cała firma (ok 100 pracowników) jest obsługiwana przez VoIP - nie mamy innych linii, faksy też na tym chodzą. I działa. Raz może zawiesiło się coś na centrali ale wystarczyło zresetować i wróciło do normy. Koszty obsługi telefonów spadły do 30% poprzednich wydatków (mieliśmy linie TPSA na miasto), różnica w jakości jest niewyczuwalna, można powiedzieć wdrożenie się udało.

środa, 13 października 2010

TPSA - ciąg dalszy

TPSA to jednak ogromna organizacja. Niestety powoduje to, że jeden dział nie wie co robi inny, giną dokumenty, każdy sobie rzepkę skrobie. Po miesiącu przekazali nam, że się pomylili w adresie i sprawdzali w innej (obok) lokalizacji. Jednak z naszej lokalizacji mają tylko kawałek i brakuje im kilkuset metrów światłowodu na Piękną. I wymaga to inwestycji - co w przypadku TP nie jest prostą sprawą.
Skończyło się tym, że zadzwoniliśmy do konkurencji, oni w ciągu 1,5 tygodnia zrobili wszystko co trzeba, podłączyli końcówkę światłowodu do swojego panelu w naszej serwerowni, postawili router i działa. Sprawdziliśmy faktycznie 10Mbps jest symentrycznie.
Szkoda w sumie, że nie udało się z TP - mieliśmy wszystko skonfigurowane, wszystko chodziło niezawodnie i szybko. Może jak będziemy potrzebowali drugiego łącza to wrócimy do sprawy. W końcu bezpieczniej mieć dwóch dostawców niż jednego.

wtorek, 27 lipca 2010

TPSA - historia pomyłek

Na początku lipca mieliśmy przeprowadzkę do nowego biura. W starym mieliśmy od TPSA światłowodowe łącze 10Mbps - doskonale działało przez 2 lata. Już na początku czerwca zgłosiliśmy, że chcemy przenieść łącze na nową lokalizację. Przed przeprowadzką sprawdziliśmy jak idą prace w TPSA - i skucha. Papiery nawet nie wyszły od opiekuna handlowego.
Po kilku telefonach od różnych ważnych ludzi coś się ruszyło - niestety bałagan mają taki, że sami nie wiedzą gdzie co mają. Okazało się, że zestawili łącze do budynku obok, niby adres prawie taki samy ale to jednak nie to. Nic to - znowu telefony, rozmowy, obiecanki. Wreszcie przyszedł bardzo miły technik i połączył głowicę światłowodową TPSA z naszą serwerownią i zostawił konwerter. Powiedział, że tylko chłopaki z Polpaka zmienią ustawienia i jeszcze tego samego dnia będzie działało. I co - i nic. Po tygodni dzwoni miła pani i próbuje się umówić na wywiad techniczny (a tydzień wcześniej sami wszystko podłączyli), następnego dnia dzwoni znowu i mówi, że nie ma połączenia do głowicy (a przecież technik wszystko zestawił).

I dalej nie mamy porządnego łącza, działa tylko poczta (jak krew z nosa), a budynek głównego węzła TPSA oglądamy przez okna naszego biura (w zasadzie można by przerzucić kabel między oknami).

Czekamy dalej.

sobota, 8 maja 2010

eMapa + maszyna wirtualna na XEN

Uruchomiłem serwer eMapa na wirtualnej maszynie - zainstalowałem Windows XP, wszystko się pięknie zainstalowało tylko problem pojawił się - nie było gdzie wetknąć kluczyka USB.
Na początek użyłem sprzętowego serwera USB - USBServer NH-204 firmy Welland. Tanie, proste urządzenie pozwala przez sieć podłączać do czterech urządzeń USB. Jedyna wada to to, że serwer USB i maszyna wirtualna MUSZĄ być w jednej podsieci. Nie można więc, załatwić w ten sposób obsługi serwera map na porządnej dedykowanej maszynie, gdzieś u dostawcy.
Na serwerze linuksowym uruchomiłem serwer bazodanowy gdzie lądowały dane z urządzeń monitorujących i serwer aplikacyjny do obsługi całości. Trochę roboty i widać w czasie rzeczywistym, na mapie, przesuwające się obiekty i ich drogę. Teraz dorabiam różne wodotryski (histogram i przekroczenia prędkości, drogę, czas, średnią prędkość itd.).
Ogólnie dziwne, że producent eMapy skorzystał z tak archaicznego i nieelastycznego sposobu zabezpieczenia swojego serwera. Przecież, jeżeli serwer ma pracować z dostępem do internetu mógłby np autoryzować się przez internet w bazie producenta (jak już tak strasznie boją się kradzieży oprogramowania), jest wiele sposobów zabezpieczenia oprogramowania - ten który zastosowali świetnie nadaje się do aplikacji desktopowych - ale w XXI wieku, czasie Internetu?

czwartek, 22 kwietnia 2010

Serwer dedykowany z XenServer 5.5 w OVH

Jeden z moich klientów potrzebował przenieść swój serwer www i poczty elektronicznej poza swoja siedzibę - miał dosyć zawodne łącze i w ogóle potrzebował szybszych rozwiązań. Rozejrzałem się za serwerem dedykowanym. Ponieważ głównym wymaganiem była duża pamięć dyskowa, wydajność i niezawodność przy ograniczonym budżecie, zwróciłem uwagę na ofertę OVH. Mieli w ofercie serwery dedykowane z preinstalowanym XenServer 5.5.
Ponieważ już miałem trochę doświadczenia z Xen i XenServer (uruchomiłem nawet niedużą bazę Oracle XE na serwerze wirtualnym z Ubuntu 9.10) od razu zyskali punkty, mimo wyjątkowo zagmatwanego sposobu przydzielania i konfiguracji adresów IP.
Sprawdziłem tez w Home.pl, ale nie mieli odpowiednich serwerów, a poza tym byli sporo drożsi. No i XenServer trzeba by instalować samemu.
Po dwóch tygodniach zastanawiania się i czytania dokumentacji wreszcie zdecydowałem się. Zamówiłem serwer dedykowany z Xeon X3306, 8GB RAM, dwoma dyskami 1,5TB w układzie RAID-1 oraz preinstalowanym XenServer.
Zamówienie poszło 17-go o 17, zapłaciłem kartą za pierwszy miesiąc (w razie czego łatwiej przeboleć) i następnego dnia o 7 rano dostałem emaila, że serwer jest zainstalowany, dostałem adresy, loginy, hasła. Uruchomiłem XenCenter (program do zarządzania serwerem) i bez problemu podłączyłem się do maszyny.
Na początek stwierdziłem że całą wolną przestrzeń przydzielili na SR dla XenServer i nie można było łatwo stworzyć SR dla obrazów ISO. Właściwie można byłoby zmienić wielkość partycji i wygospodarować nieco miejsca, ale zrobiłem sobie na własnym małym komputerze udział w Windows i zrobiłem dostęp po udziale SMB.
Miałem już wszystko co jest potrzebne do instalacji maszyn.

Ekran dotykowy - sprawdzian w warunkach bojowych

Jak pisałem poprzednio, zrobiłem aplikację webową wykorzystującą ekran dotykowy. W testach wszystko działało doskonale ale przyszła pora sprawdzenia wszystkiego w warunkach bojowych.
Na pewnym zjeździe system został zastosowany po raz pierwszy na delegatach w czasie głosowania. Większość osób pierwszy raz się zetknęła z takim sprzętem. Pierwsze doświadczenia są takie, że największe trudności mają kobiety z długimi paznokciami - nie udaje się odpowiednio puknąć w ekran - albo jest za słabo albo za długo trzymają. Jednak na prawie sto osób ok. 90 procent poradziła sobie praktycznie od razu, pozostałe musiały kilkakrotnie próbować aby uzyskać efekt. Bardzo dobrze radzili sobie młodzi - mają doświadczenie z telefonów z ekranami dotykowymi i z automatów do sprzedawania biletów. Ogólnie byłem zadowolony.
Takie doświadczenie pozwoliło określić co jeszcze należy poprawić w aplikacji:
  • należy tworzyć duże, wyraźnie odgraniczone pola, które należy dotknąć palcem;
  • trzeba zawsze robić obsługę zbyt długiego dotknięcia;
  • podświetlenie pola powinno wygaszać się po odjęciu palca;
  • trzeba wyłączyć niepotrzebne gesty i funkcje (zoom, przesuwanie) normalnie uruchamiane przez dotyk w komputerze.

Reasumując - da się szybko zrobić aplikację webową sterowaną dotykiem, mogą działać całkiem wydajnie.

niedziela, 28 marca 2010

Strony WWW na dotykowym ekranie

Dalszy ciąg pracy z MSI AE2220. Zrobiłem stronę dedykowaną do obsługi przy pomocy dotyku palcem na ekranie. Właściwie bez żadnych problemów to działa w Firefoxie, całkiem sprawnie i wygodnie się pracuje. Strona miała być również dla osób starszych, które często nie potrafią się sprawnie posługiwać myszką (ręce już nie są takie sprawnie), potrzebują większych liter i wyraźnego tekstu. Sprawdziłem na kilku osobach - bez żadnego przygotowania sobie dali radę.

W pewnym momencie stanąłem przed problemem - jak wydrukować zawartość strony www na drukarce dołączonej do komputera, ale bez interwencji użytkownika. W normalnych aplikacjach, które pisałem w Delphi ustawiałem parametry i szło do druku. Ale przeglądarka nie ma takiej funkcjonalności. Całe szczęście Firefox jest wielki. Znalazł się dodatek pozwalający w FF przy pomocy Javascript sterować całym procesem ustawiania drukarki i samym wydrukiem (JS Print Setup). Działa bardzo dobrze.

W końcu zrobiłem nieskomplikowany system do obsługi wyborów tajnych np. samorządowych, parlamentarnych itp. obsługiwany przy pomocy ekranu dotykowego. Pokazuje się lista kandydatów, palcem zaznaczamy którzy nam odpowiadają i wystarczy zatwierdzić, by z drukarki spłynęła wypełniona, gotowa do wrzucenia do urny, karta do głosowania. Jednocześnie w systemie rejestrowany jest głos. Po zakończeniu głosowania wystarczy sprawdzić czy suma wrzuconych do urny kart do głosowania i kart pustych pozostałych w drukarce zgadza się liczbą początkową pustych kart i mamy wyniki. W przypadku wątpliwości zawsze można policzyć karty w tradycyjny sposób.

Jednym zdaniem - ekran dotykowy można wspaniale wykorzystać przy tworzeniu aplikacji działających w przeglądarce - mamy mnóstwo narzędzi, aplikacje powstają szybko i tanio - jest to sposób na ich wykorzystanie w miejscach gdzie dotychczas było to niemożliwe ze względu na sposób obsługi (myszka, klawiatura).

czwartek, 4 marca 2010

Dotyk wkracza na biurko

Dostałem do testów nowiusieńki MSI AE2220. Potrzebowałem komputer z dotykowym ekranem i wyszło, że taniej jest kupić wszystko-w-jednym niż oddzielnie monitor z ekranem dotykowym i komputer.

Pierwsze wrażenia - jest piękny. Czarna błyszcząca obudowa z przeźroczystym obramowaniem będącym również podstawą, żadnych przycisków z przodu, wszystkie gniazda i elementy sterowania pochowane z boku lub z tyłu. Po włączeniu nic nie świeci prosto w oczy (jak to bywa w niektórych komputerach i monitorach gdzie chyba montują latarki w charakterze wskaźników). Po prawej stronie ekranu panel z przyciskami monitora, po lewej dwa gniazda USB, czytnik kart pamięci flash i nagrywarka DVD (jak w notebooku). Konstruktorzy zmieścili w obudowie monitora 21,5 cala kompletny, całkiem mocny komputer ze wszystkim co jest potrzebne do szczęścia w takim multimedialnym kombajnie.

Po kolei: Procesor Intel Core Duo T6600 2.2 GHz nie jest najszybszy ale daje sobie doskonale radę, do tego 4GB pamięci RAM, dysk twardy 640GB, zintegrowana karta graficzna NVIDIA GeForce 9300 i oczywiście napęd DVD+R.

Dotykowy monitor o przekątnej 21,5 cala o rozdzielczości FullHD bardzo ładnie wyświetla obraz. Do tego spory zestaw wbudowanych urządzeń peryferyjnych: czytnik kart Flash, karta sieciowa 1000Base-T, karta WLAN IEEE 802.11b/g/n, karta dźwiękowa (ma także wyjście optyczne), tuner telewizyjny DVB-T AverMedia (szkoda że w zestawie nie ma anteny), wbudowana w monitor kamera i mikrofon. To wszystko właściwie zadowoli wszystkich normalnych użytkowników (gracze to inna kategoria), którzy chcą przeglądać Internet, korzystać z pakietu biurowego, oglądać filmy, zajmować się swoimi zdjęciami.

Pełny zestaw złączy (e-Sata, HDMI, VGA, całe mnóstwo USB, antena TV), pilot TV, bezprzewodowa klawiatura i mysz dają praktycznie wszystko co jest potrzebne.

Uwaga - całość jest zasilana zewnętrznym zasilaczem (jak w notebooku) - w stanie czuwania pobiera 1,5 W mocy (zmierzone Energy Logger 3500). Ale do tego wystarczy jeden cienki kabel by uruchomić cały komputer.

Więcej następnym razem.

czwartek, 25 lutego 2010

Wpływ transportu na stację roboczą

Kilka dni temu dostarczyli mi DHL stację roboczą DELL Precision T7500. Podłączyłem (był wieczór), nacisnąłem przycisk zasilania i ... nic. Ekran czarny, wentylatory szumią, nic się nie dzieje. Dziwne jak na nowiutką maszynę za kilkanaście tysięcy.
Pierwszy pomysł - email do sprzedawcy. Wysłałem zapytanie co zrobić. Była noc więc raczej nie oczekiwałem natychmiastowej odpowiedzi.

Rano pomyślałem, że dobrze by było zadzwonić do serwisu - w końcu mam wykupione 3 lata na miejscu użytkowania. Wykonałem telefon, przedarłem się przez opcje wyboru i miły pan wysłuchał problemu. Poprosił o chwilę cierpliwości - gdzieś sprawdził i powiedział, że problem jest prawdopodobnie w pamięciach. Ustaliliśmy, że wyjmę i włożę pamięci i jeżeli po tej operacji nie zacznie działać to zadzwonię i następnego dnia przyślą technika z częściami. Otworzyłem maszynę - najpierw trzeba było znaleźć te pamięci - tutaj przydała się szybko ściągnięta ze strony serwisu DELLa instrukcja serwisowa. Trochę trzeba było zdemontować wentylatorów, ale dostałem się do modułów pamięci.

Wiem z doświadczenia, że jak coś nie działa, najlepiej wyłączyć, rozebrać na części, złożyć z powrotem i zwykle jest lepiej. I tak też było. Wyjąłem po kolei moduły z gniazd, włożyłem je ponownie w te same miejsca, zamontowałem wentylatory i odpaliłem maszynę. Zadziałało. Maszyna ruszyła, Windows 7 x64 z 24GB RAM sprawnie się podniosły.

Wniosek: wygląda na to, że podróż z Łodzi do Warszawy na ciężarówce DHL, mimo opakowania trochę zaszkodziła ładunkowi. Może był za ciężki i trochę mało delikatnie go przenosili, co spowodowało poluzowanie się niezbyt porządnie zablokowanych modułów pamięci.

niedziela, 21 lutego 2010

emapa MapCenter - początek

Dostałem do zrobienia serwis do obsługi GPS, który ma wykorzystywać oprogramowanie MapCenter firmy emapa. Na początek szukałem wymagać jakie musi spełniać komputer na którym będzie zainstalowany - na stronie nie znalazłem, ale pomoc techniczną mają całkiem dobrą i email przyniósł odpowiedź.

Wystarczy: Windows 2000/2003/2008/XP/Vista (32-bit lub 64-bit), procesor >= 1GHz, 1GB RAM i 1GB wolnego HDD oraz złącze USB.

Pomyślałem sobie, że bez problemu będzie chodziło w środowisku wirtualnej maszyny (używam Xen) ale jest pewien problem - aplikacja ma sprzętowe zabezpieczenie w postaci klucza USB. I tu jest problem, jak zainstaluję gdzieś na dzierżawionym serwerze - nie będę miał dostępu do USB, a nie wierzę, że obsługa będzie chętna do wkładania czegoś do swojej maszyny. Nic to, postanowiłem zająć się problemem później.